Site Loader

Dawno, dawno temu pewna 7-letnia dziewczynka dostała na urodziny chińską zabawkę. Miś panda był – w tamtym czasie – cudem zaawansowanej techniki – oczy mu świeciły, a na klaśnięcie reagował powolnym poruszaniem się i pociesznym machaniem łapkami. Przez lata dziewczynka i pluszak były nierozłączne. Panda zjechała kawałek Europy, zdawała maturę, wysłuchiwała nastoletnich zwierzeń. Dziś jest już starym misiem, futro w wielu miejscach ma wytarte, oczy przygasły i łapkami już nie macha. Za to dziewczyna miała swoje marzenie, by kiedyś przyjechać do Chin na wolontariat z pandą wielką:)

Kupa, bambus i marchewki

Marzenie marzeniem, ale rzeczywistość okazała się wcale nie taka łatwa. W 2014 roku dotarliśmy do Chin, w ramach naszej rocznej podróży prawie-dokoła-świata. Tu jednak piętrzyły się coraz to nowe trudności. Cena wolontariatu kosmiczna; Ośrodek na końcu świata; zaplecze noclegowe żadne lub 5-cio gwiazdkowe i jeszcze zaświadczenie lekarskie trzeba. Ale to temat na inną opowieść. Koniec końcem – udało się! 17 sierpnia 2014 roku, wraz z Eryką z Pekinu, przez dzień, opiekuję się 6-letnią pandzią dziewczynką i 3-letnim pandzim chłopaczkiem w Ośrodku Badań Naukowych nad rozrodem Pandy Wielkiej w Chengdu.

Zaczynamy od podstaw czyli sprzątania w pandzich „willach” – budynkach, z których pandy mają wyjście na swoje wybiegi. Choć pomieszczenia te w środku wydają mi się zimne i brzydkie, pandy upodobały je sobie bardzo. Na głowę nie pada, a w gorące dni przyjemnie jest i chłodno. Nie bez znaczenia jest też moim zdaniem fakt, iż nie słychać tu aż tak bardzo tych tłumów turystów, którzy z drugiej strony wybiegu gwiżdżą, nawołują, czekając z aparatami.

Później zasłużone śniadanie – bambusowe pędy i pół kilo ciasta (z ryżu, jajek i bambusa) oraz marchewka. I ponownie duuuzo bambusa – to 99% diety naszego misia. Nasza praca to właściwie głównie szykowanie ogromnych ilości jedzenia przez cały dzień. Na zakończenie zaś spacer po całym Ośrodku, ale to już jak każdy inny turysta.

I nic to, iż dotarcie tu kosztowało nas wiele – finansów i wysiłku. Nic to, że pandy nie można było dotknąć. Nic, iż nikt po angielsku nie mówił, nie towarzyszył mnie i Eryce i nie odpowiadał cierpliwie na pytania – a taką wizję tego dnia miałam. Było warto!!! Fantastycznie bowiem było tak siedzieć oko w oko z pandą, sprawdzając jak wiernie Chińczycy odwzorowali misia w zabawce! Nawet chodzi równie ciężko i powoli. Jak spotkanie z dawno niewidzianym Przyjacielem:)

Posłowie

Program wolontariatu, w którym brałam udział, już dziś niestety nie istnieje. Można natomiast nadal pandy oglądać, choć nie trzeba wcale w tym celu jechać do Chin. Najbliższe nam zoo, w którym pandy mieszkają to ZOO w Berlinie. W tym roku urodziły się tam nawet pandzie dzieci! Czy jednak jesteś fanem pandy czy nie – pamiętaj, że „marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia” 🙂

I gorące podziękowania, bo nie byłoby mnie tam pewnie, gdyby nie inni. Dziękuję Mojemu Tacie za najwspanialszego Misia na świecie; Babci – za nieustanne reanimacje mojej przytulanki; Ryśkowi – za współfinansowanie tego wyjątkowego dnia i Przyjaciółce Justynie wraz z Sąsiadem za niezbędną do wolontariatu „pieczątkę”, organizowaną o 5 rano:)

A dla wszystkich, którzy dobrnęli do końca wpisu – jest też FILMIK – z akcją, szybką niczym panda;) dla wielkich pandy miłośników albo tych, którzy mają problemy z zaśnięciem;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *